Pokazywanie postów oznaczonych etykietą canon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą canon. Pokaż wszystkie posty
2 czerwca 2014
Komunijne historie

3
Na co dzień nie zajmuję się fotografią na komuniach. Dlaczego? Bo to brudna robota. Trzeba mieć dobre układy z lokalnym proboszczem, a owe układy często mają wartość liczbową. Gwarantuje to swego rodzaju nietykalność i nawet jeśli lokalny fotograf robi zdjęcia na poziomie orangutana to ma plecy na plebanii i nie sposób go ruszyć. Z resztą nawet gdybyśmy przeskoczyli owe układziki to na drodze stają jeszcze rodzice, którzy zawsze mają milion różnych zdań na każdy temat i najczęściej nie jest to warte zachodu. "Gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania" jak mówi przysłowie. Wiem, że chcą dla swoich dzieciaków jak najlepiej, ale ten chaos organizacyjny nie motywuje do podejmowania się takich zleceń.
 
Jakiś czas temu odwiedziliśmy z Natalią Mrągowo, gdzie mieszka jej siostra z mężem i córeczką. Przybyliśmy tam oczywiście w celu uczestniczenia w Pierwszej Komunii. Raz, że Nat jest chrzestną, dwa że powierzono nam zadanie uwiecznienia tego wydarzenia. Oczywiście była to swego rodzaju partyzantka i nie nastawialiśmy się na najważniejsze komunijne momenty, skupiliśmy się głównie na otoczce. Zobaczcie co z tego wyszło.

Najpierw przygotowania:




Gdzie jest Wally?


Następnie kilka ukradkowych zdjęć w kościele. Nadworny fotograf zabijał wzrokiem jak bazyliszek. Chłopina ma ciężkie życie zważywszy na fakt, że każdy rodzic miał przy sobie aparat. Patrząc na technikę pracy można było wyciągnąć wniosek, że ich zdjęcia będą na tym samym albo i lepszym poziomie.



A po wszystkim tradycyjne polskie przyjęcie. Ale tu już miałem wolne.
Następnego dnia wybraliśmy się na krótką sesję o zachodzie słońca. Okoliczne pola były do tego celu idealne.




Udało mi się na jedno załapać.
Już po wszystkim.

Czytaj dalej
28 maja 2014
Kiedy wszystko się wali

0
Mam wrażenie, że nad sesjami zdjęciowymi czasami ciąży fatum prawa Murphyego - "Jeżeli coś może się nie udać - nie uda się na pewno". Od jakiegoś czasu staram się unikać prowizorycznie zorganizowanych sesji. Odrzucam zlecenia przy których klient oczekuje powalającego efektu przy minimalnych albo zerowych kosztach. Wiem z doświadczenia, że nic dobrego z tego nie będzie. Najczęściej kończy się nerwami i frustracją. Niestety życie pokazuje, że czasami mimo zaangażowania wszystkich stron nad sesją ciąży klątwa i co chwila rzuca kłody pod nogi. Tak właśnie było przy okazji sesji, którą wykonywałem jakiś czas temu dla zespołu "Like it".

Na marginesie dodam, że kiedy miałem już gotowy cały wpis to moja przeglądarka uległa awarii i musiałem zacząć pisać praktycznie od zera... Widać, pech ciągnie się dalej.

Koncept zdjęć był dość prosty. Chcieliśmy znaleźć wnętrze utrzymane w klimacie zbliżonym do loftu z surowymi ścianami z cegły bądź betonu, oraz ładną podłogą. W tle mieliśmy zamiar ustawić duże lampy sceniczne, które poza walorami estetycznymi miały również zapewnić światło kontrowe.

Na początku przyszło mi się zmierzyć z poszukiwaniem lokalizacji. Czasu nie było za wiele, więc większość miejsc, do których dzwoniłem było już zarezerwowanych, bądź nie dysponowało przestrzenią wystarczająco dużą aby swobodnie fotografować 5 osób. Kiedy już traciłem nadzieję, ktoś polecił mi studio, które ulokowane jest niedaleko mnie. Zadzwoniłem, umówiłem się na spotkanie i już po kilkunastu minutach byłem na miejscu. Obejrzałem wiele pomieszczeń, ale żadne z nich nie odpowiadało moim oczekiwaniom. Jedyne nadające się miejsce było już zarezerwowane na inną sesję. Kiedy traciłem nadzieję i powoli kierowałem się do wyjścia właściciel postanowił pokazać mi jeszcze pomieszczenie będące w trakcie remontu. Pomimo brudu i bałaganu okazało się być najlepszym z dotychczasowych. Ładne betonowe ściany oraz biała drewniana podłoga całkiem dobrze wpisywały się w koncept. Z braku alternatywy zaakceptowałem je.

W międzyczasie znajomy stylista Wojtek przeszukiwał sklepy w poszukiwaniu ubrań zgodnych z otrzymanymi wytycznymi. Wskazówki dotyczące ubioru otrzymaliśmy dużo wcześniej więc z tą kwestią nie było problemów. Przynajmniej do dnia zdjęć.

Dwa dni przed nią zaczęły pojawiać się kolejne przeszkody. Zuza, z którą zajmowała się sesją i opiekowała zespołem obiecała zorganizować wspomniane wcześniej światło i pomimo starań dowiedziałem się, że jedyna dostępna opcja to kilka par ledowych. Życie-pomyślałem. Niestety moc takich lamp ledwo by wystarczyła do oświetlenia wylęgarni kurczaków, nie mówiąc już o zastosowaniach fotograficznych. Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i pojechałem do wypożyczalni sprzętu LFX w celu znalezienia czegoś bardziej adekwatnego. Na próżno. Znów jedyną opcją były rozwiązania oparte na ledach. Odpuściłem i pogodziłem się z faktem, że trzeba na szybko opracować nowy koncept. Finalnie zamiast świateł zdecydowałem się skorzystać z wielkiej parasolki parabolicznej będącej na wyposażeniu studia. Zadzwoniłem, aby upewnić się, że będzie wolna tego dnia, otrzymałem zapewnienie, że nie będzie z tym problemu. Zuza w międzyczasie zorganizowała jeszcze wytwornicę dymu.

Nadszedł dzień sesji.
Na miejsce przyjechaliśmy pół godziny przed wszystkimi z zamiarem wcześniejszego przygotowania sprzętu. Okazało się, że nasz stylista Wojtek był jeszcze wcześniej i rozłożył się z ubraniami w miejscu, w którym miała odbywać się tego dnia inna sesja. Ruszyliśmy do zarezerwowanego pomieszczenia i po wejściu zamurowało mnie jak szpadel w cemencie. Zamiast pięknej drewnianej podłogi zobaczyłem ohydną szarą wykładzinę konferencyjną, która do naszej koncepcji pasowała jak Sasha Grey do kreskówek z Królikiem Bugsem. Bardzo szybko przekonałem się, że są lepsze sposoby na podniesienie ciśnienia z rana niż mocne espresso. Do przyjścia całej ekipy zostało kilkanaście minut, a ja stałem wpatrzony w paskudną wykładzinę i próbowałem opanować chęć zamordowania osoby w zasięgu wzroku.

Prawdopodobnie moje zdenerwowanie dało się odczuć, bo ekipa zarządzająca ruszyła w celu wyjaśnienia sytuacji oraz w poszukiwaniu alternatywy. W międzyczasie otrzymałem telefoniczne „wyjaśnienie” od szefa: „wczoraj przyjechała ekipa z Komfortu i musieli położyć”. Na moje pytanie dlaczego nikt mnie o tym nie poinformował nie otrzymałem odpowiedzi. Szczęśliwie udało się dodzwonić do fotografa, który zarezerwował drugie pomieszczenie w studiu. Okazało się, że i tak planował zdjęcia poza nim, więc mogliśmy przenieść się do wcześniej niedostępnego miejsca. Znów musieliśmy dostosować koncept do nowych warunków. Tym razem były to szare ściany i szara podłoga.
Nerwy powoli odpuszczały. Mogliśmy skupić się na rozstawianiu sprzętu oraz ubieraniu chłopaków. Po drodze nie obyło się bez wtop. Koszula przygotowana dla wokalisty okazał się za mała. Ostatkiem sił udało mu się ją zapiąć ale guziki były napięte jak kot przed skokiem do kartonu. Nie było już czasu na znalezienie alternatywy. Musiałem pogodzić się z faktem, że czeka mnie zabawa z koszulą podczas postprodukcji.

W końcu mogliśmy przystąpić do zdjęć.
 Ale zanim o nich to warto wspomnieć o ekipie, czyli:
styliście: Wojtku Szymańskim
dzielnie asystowała i zapewniła catering: Zuzanna Rusin 


Przy pierwszych zdjęciach użyliśmy pięciu źródeł światła. Z przodu po skosie i lekko z góry świeciły srebrna parasolka paraboliczna oraz duża okta. Z tyłu, widoczna na zdjęciach duża parasolka paraboliczna z białym wnętrzem (w skrócie "para") oraz dodatkowo po bokach dwa reflektory (tzw. garnki) świecące ostrym światłem kontrowym. Jeden z nich miał założony niebieski filtr i podświetlał puszczany dym. Kolor ten pojawił się na prośbę zespołu nie tylko w oświetleniu ale i w stylizacjach.
Ogniskowa 25mm. Ekspozycja: 1/125s, f/13, ISO 100
Ogniskowa 22mm. Ekspozycja: 1/125s, f/13, ISO 100

Po wykonaniu zdjęć grupowych spontanicznie postanowiłem wyłączyć wszystkie lampy poza widoczną w kadrze parą i wykonać kilka zdjęć jedynie z użyciem światła kontrowego oraz odrobiną dymu.
Ogniskowa 23mm. Ekspozycja: 1/125s, f/13, ISO 100
Następne ujęcie również było nieplanowane. W kuchni znaleźliśmy długą drewnianą ławkę, która aż prosiła się o wykorzystanie. Tym razem jedynym źródłem światła była duża para świecąca od przodu. Specyficzne rozmycie uzyskałem fotografując obiektywem 90mm TS-E.

Ogniskowa 90mm. Ekspozycja: 1/125s, f/2.8, ISO 100
 
Potem przyszedł czas na indywidualne portrety. Głównym światłem był strip z założonym gridem świecący delikatnie z góry. Tło oświetliłem lampą z garnkiem z założonym plastrem miodu. Do tego kontra z prawej z niebieskim filtrem podobnie jak przy pierwszym zdjęciu grupowym dająca lekką kolorową poświatę w cieniu na policzku. Zależało mi na mniejszej głębi ostrości, do tego celu posłużyłem się szarym filtrem nakręcanym na obiektyw zmniejszającym dopływ światła.

 Wszystkie zdjęcia wykonane na ogniskowej 50mm. Ekspozycja: 1/125s, f/2, ISO 100



 

 
Na koniec wykonałem jeszcze jedną wersję portretów, tym razem na „stalowej ścianie". Jedynym źródłem światła był świecący na wprost mały beauty dish z założonym plastrem miodu.
Ogniskowa 50mm. Ekspozycja: 1/160s, f/5, ISO 50
Jak pokazuje powyższa przygoda czasami z pierwotnego planu nie zostaje praktycznie nic.Tego typu sytuacje zdarzają się stosunkowo często i trzeba nauczyć się szybko podejmować decyzje oraz dopasowywać się do zastanych warunków. Kosztuje to dużo nerwów ale finalnie nie musi oznaczać skazania sesji na niepowodzenie.

Chętnie poznam Wasze opinie na temat zdjęć.

Czytaj dalej
21 kwietnia 2014
Sprzęt fotografa. "Co czyha w torbie"

0


Naturalnym zjawiskiem jest, że każdy fotograf z biegiem czasu powiększa swoją kolekcję sprzętu o nowe zabawki. Właśnie skończyłem pakować sprzęt na reportaż i z tej okazji postanowiłem napisać o tym co siedzi w naszych torbach. Zabawa w fotografię do najtańszych nie należy. Jeśli dopiero zaczynasz, odradzam inwestowanie grubej kasy w sprzęt z górnej półki. Rozwój sprzętowy powinien iść w parze z rozwojem umiejętności i wiedzy. Nigdy nie staraj się nadrobić braków lepszym aparatem. To zadziała mniej więcej jak nauka jazdy w Bugatti Veyronie. Starałem się objaśnić to w poradniku "Chcę zostać fotografem".

Przejdźmy do konkretów.
Aparaty:Fuji X-Pro 1 - mój ukochany aparat. Ma wiele zalet i wiele wad, ale właśnie na tym polega miłość. Jest lekki i niepozorny. Największym plusem jest to, że nikt z takim aparatem nikt nie bierze mnie serio. Dzięki niemu mogę pracować dużo dyskretniej. Dawno wyrosłem już z kompleksu dużego aparatu, pomógł mi ból pleców. To jedyny aparat, który zawsze chętnie zabiorę ze sobą z domu. W przeciwieństwie do lustrzanek nie wyrobi mi bicepsów. Ostrością zdjęć potrafi zawstydzić Canona z najlepszym szkłem. Wady? Mimo wielu poprawek programowych nadal zbyt wolny i nieprecyzyjny autofocus. No i nieszczęsna matryca APS-C zmniejszająca urok głębi ostrości.


Canon 6D - gdyby wyszedł w tym samym czasie co 5d mark III to pewnie teraz miałbym dwie sztuki. "Szóstkę" pokazał mi kumpel przy okazji jednego reportażu. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Szukałem wtedy alternatywy dla starego 1D mark III, który z powodzeniem w razie potrzeby mógł służyć jako młotek czy kotwica i przez swoją wagę był po prostu męczący. Ten aparat nie ma wad, nawet nie próbuj ich wymyślić bo za te pieniądze żadnej z nich nie da się brać serio. A wi-fi w połączeniu z tabletem działa super.


Canon 5D mark III - starszy brat 6D. Absurdalnie drogi i wcale nie lepszy niż 6D. Ma jakieś tam szmery bajery i niby jest porządniej wykonany (przez to cięższy, a moją opinię o ciężkich aparatach już znacie). Za tę kasę lepiej kupić 6D i resztę wydać na dobre szkło. Nie zrozumcie mnie źle, ten aparat jest bliski ideału, ale w kwestii cena/jakość przegrywa z "szóstką" jak traktor z samolotem.


Canon 5D mark II - staruszek siedzi jako zapas w torbie. Raczej poprawia mi samopoczucie swoją obecnością niż faktycznie do czegoś się przydaje. Ma co trzeba i nic więcej.


Obiektywy:Fujinon 35 f/1.4  - odpowiednik 50mm na pełnej klatce. Ostry jak żarty o Żydach. Canonowska 50ka 1.2 może czyścić mu dekielki.


Fujinon 18 f/2.0 - odpowiednik 27mm na pełnej klatce. Dla mnie idealny reporterski kąt widzenia. Do tego mały i zgrabny więc zmieści się nawet w damskiej torebce. Mógłbym nim zrobić cały reportaż. Szkoda trochę światła („tylko” f/2.0).


Canon 50 f/1.2- najjaśniejszy z rodziny. Z takim światłem poradzi sobie świetnie nawet w kreciej norze. O głębi ostrości nawet nie wspominam, bo nie ma sobie równych. Niestety z wiekiem celność AF trochę podupadła.


Canon 16-35 f/2.8 II - jedyny zoom w torbie. Szeroki kąt do dynamicznych ujęć. Trochę rozleniwia i najczęściej (niestety) używam go w dolnych wartościach ogniskowej (chociaż staram się tego oduczyć). Optycznie bez zarzutu, znacznie lepiej niż jego starsza wersja.


Canon 135 f/2.0 - nazwijmy go "portretowym". Chociaż nieczęsto jest używany przez nas w tym celu. Dobry do ujęć zza krzaka. Bardzo jasny jak na tą ogniskową.


Canon TS-E 90 f/2.8 - obiektyw typu tilt-shift. Uwielbiam bawić się rozmyciami płaszczyzn i współczuje tym, którzy starają się je oddać w Photoshopie. Świetny do sesji w plenerze.


Lampy:

Tu nie ma co się rozpisywać. Na zdjęciu nie ma jedynie 580EX, bo nią błyskałem. Przerzuciliśmy się na 430EX - są lżejsze i tańsze. Do tego lampa Fuji, której używam sporadycznie bo Fuji z lampą traci urok.

Wyzwalacze radiowe:

Nie jestem wielkim fanem strobingu. Mimo wszystko posiadam Pixel Kingi, dzięki którym mogę od czasu do czasu pobłyskać w plenerze bez obwieszania się kablami. Zawsze szkoda mi było kasy na Pocket Wizardy. Pewnie kupiłbym je gdybym częściej świecił. Niestety Kingi są dość zawodne i ich jedynym plusem jest cena. Często resetują ustawienia lamp lub wyzwalają pełny błysk co potrafi wkurzyć.

Dodatki:

Pasek reporterski - klasyczny pasek do aparatu jest dobry jeśli planujemy samobójstwo przez skok z mostu i szukamy dobrego obciążenia. Przy wielogodzinnej pracy z ciężką lustrzanką pasek reporterski jest niezastąpiony. Wspieram polskie rozwiązania firmy Reporter Strap. Tutaj widać pasek na dwa aparaty z możliwością rozdzielenia na jeden. Wygoda jest niesamowita. Musiałem jedynie poddać małym przeróbkom końcówki wkręcane w gwint złączki od statywu, aby nie drapały aparatu.

Karty pamięci - tylko SanDisk Extreme. Na innych firmach się przejechałem i już nie próbuję. Wyznaję politykę wielu mniejszych kart (max. 8GB). W razie awarii nie stracę wszystkiego. Seria Extreme jest na tyle szybka, że nie grozi mi zapchanie bufora, co bywa irytujące.


Filtr szary - kiedy najdzie mnie na błyskanie to lubię używać małych przesłon. Dzięki filtrowi jest to możliwe. Pamiętajcie, żeby na filtrach nie oszczędzać. Słabe potrafią popsuć jakość zdjęć. Jeśli posiadacie więcej obiektywów polecam system Cokin, dzięki niemu wystarczy jeden filtr do wszystkich szkieł. Nie praktykuję filtrów UV.


Szara karta - do ustawiania balansu bieli w trudnych warunkach.


A to wszystko noszę w przepastnej torbie LowePro lub plecaku Benro na piesze wędrówki.

Plany?

W tym rok moim must have jest Sigma 35 f/1.4.
To by było mniej więcej wszystko. O drobiazgach nie ma sensu pisać. Ten zestaw ma wszystko czego potrzebuję na co dzień. Pewnie da się zauważyć, że unikam "zoomów". Bo zoomy to zło... I tego się trzymajmy.



Czytaj dalej