Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie z życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie z życia. Pokaż wszystkie posty
2 czerwca 2014
Komunijne historie

3
Na co dzień nie zajmuję się fotografią na komuniach. Dlaczego? Bo to brudna robota. Trzeba mieć dobre układy z lokalnym proboszczem, a owe układy często mają wartość liczbową. Gwarantuje to swego rodzaju nietykalność i nawet jeśli lokalny fotograf robi zdjęcia na poziomie orangutana to ma plecy na plebanii i nie sposób go ruszyć. Z resztą nawet gdybyśmy przeskoczyli owe układziki to na drodze stają jeszcze rodzice, którzy zawsze mają milion różnych zdań na każdy temat i najczęściej nie jest to warte zachodu. "Gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania" jak mówi przysłowie. Wiem, że chcą dla swoich dzieciaków jak najlepiej, ale ten chaos organizacyjny nie motywuje do podejmowania się takich zleceń.
 
Jakiś czas temu odwiedziliśmy z Natalią Mrągowo, gdzie mieszka jej siostra z mężem i córeczką. Przybyliśmy tam oczywiście w celu uczestniczenia w Pierwszej Komunii. Raz, że Nat jest chrzestną, dwa że powierzono nam zadanie uwiecznienia tego wydarzenia. Oczywiście była to swego rodzaju partyzantka i nie nastawialiśmy się na najważniejsze komunijne momenty, skupiliśmy się głównie na otoczce. Zobaczcie co z tego wyszło.

Najpierw przygotowania:




Gdzie jest Wally?


Następnie kilka ukradkowych zdjęć w kościele. Nadworny fotograf zabijał wzrokiem jak bazyliszek. Chłopina ma ciężkie życie zważywszy na fakt, że każdy rodzic miał przy sobie aparat. Patrząc na technikę pracy można było wyciągnąć wniosek, że ich zdjęcia będą na tym samym albo i lepszym poziomie.



A po wszystkim tradycyjne polskie przyjęcie. Ale tu już miałem wolne.
Następnego dnia wybraliśmy się na krótką sesję o zachodzie słońca. Okoliczne pola były do tego celu idealne.




Udało mi się na jedno załapać.
Już po wszystkim.

Czytaj dalej
28 maja 2014
Kiedy wszystko się wali

0
Mam wrażenie, że nad sesjami zdjęciowymi czasami ciąży fatum prawa Murphyego - "Jeżeli coś może się nie udać - nie uda się na pewno". Od jakiegoś czasu staram się unikać prowizorycznie zorganizowanych sesji. Odrzucam zlecenia przy których klient oczekuje powalającego efektu przy minimalnych albo zerowych kosztach. Wiem z doświadczenia, że nic dobrego z tego nie będzie. Najczęściej kończy się nerwami i frustracją. Niestety życie pokazuje, że czasami mimo zaangażowania wszystkich stron nad sesją ciąży klątwa i co chwila rzuca kłody pod nogi. Tak właśnie było przy okazji sesji, którą wykonywałem jakiś czas temu dla zespołu "Like it".

Na marginesie dodam, że kiedy miałem już gotowy cały wpis to moja przeglądarka uległa awarii i musiałem zacząć pisać praktycznie od zera... Widać, pech ciągnie się dalej.

Koncept zdjęć był dość prosty. Chcieliśmy znaleźć wnętrze utrzymane w klimacie zbliżonym do loftu z surowymi ścianami z cegły bądź betonu, oraz ładną podłogą. W tle mieliśmy zamiar ustawić duże lampy sceniczne, które poza walorami estetycznymi miały również zapewnić światło kontrowe.

Na początku przyszło mi się zmierzyć z poszukiwaniem lokalizacji. Czasu nie było za wiele, więc większość miejsc, do których dzwoniłem było już zarezerwowanych, bądź nie dysponowało przestrzenią wystarczająco dużą aby swobodnie fotografować 5 osób. Kiedy już traciłem nadzieję, ktoś polecił mi studio, które ulokowane jest niedaleko mnie. Zadzwoniłem, umówiłem się na spotkanie i już po kilkunastu minutach byłem na miejscu. Obejrzałem wiele pomieszczeń, ale żadne z nich nie odpowiadało moim oczekiwaniom. Jedyne nadające się miejsce było już zarezerwowane na inną sesję. Kiedy traciłem nadzieję i powoli kierowałem się do wyjścia właściciel postanowił pokazać mi jeszcze pomieszczenie będące w trakcie remontu. Pomimo brudu i bałaganu okazało się być najlepszym z dotychczasowych. Ładne betonowe ściany oraz biała drewniana podłoga całkiem dobrze wpisywały się w koncept. Z braku alternatywy zaakceptowałem je.

W międzyczasie znajomy stylista Wojtek przeszukiwał sklepy w poszukiwaniu ubrań zgodnych z otrzymanymi wytycznymi. Wskazówki dotyczące ubioru otrzymaliśmy dużo wcześniej więc z tą kwestią nie było problemów. Przynajmniej do dnia zdjęć.

Dwa dni przed nią zaczęły pojawiać się kolejne przeszkody. Zuza, z którą zajmowała się sesją i opiekowała zespołem obiecała zorganizować wspomniane wcześniej światło i pomimo starań dowiedziałem się, że jedyna dostępna opcja to kilka par ledowych. Życie-pomyślałem. Niestety moc takich lamp ledwo by wystarczyła do oświetlenia wylęgarni kurczaków, nie mówiąc już o zastosowaniach fotograficznych. Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i pojechałem do wypożyczalni sprzętu LFX w celu znalezienia czegoś bardziej adekwatnego. Na próżno. Znów jedyną opcją były rozwiązania oparte na ledach. Odpuściłem i pogodziłem się z faktem, że trzeba na szybko opracować nowy koncept. Finalnie zamiast świateł zdecydowałem się skorzystać z wielkiej parasolki parabolicznej będącej na wyposażeniu studia. Zadzwoniłem, aby upewnić się, że będzie wolna tego dnia, otrzymałem zapewnienie, że nie będzie z tym problemu. Zuza w międzyczasie zorganizowała jeszcze wytwornicę dymu.

Nadszedł dzień sesji.
Na miejsce przyjechaliśmy pół godziny przed wszystkimi z zamiarem wcześniejszego przygotowania sprzętu. Okazało się, że nasz stylista Wojtek był jeszcze wcześniej i rozłożył się z ubraniami w miejscu, w którym miała odbywać się tego dnia inna sesja. Ruszyliśmy do zarezerwowanego pomieszczenia i po wejściu zamurowało mnie jak szpadel w cemencie. Zamiast pięknej drewnianej podłogi zobaczyłem ohydną szarą wykładzinę konferencyjną, która do naszej koncepcji pasowała jak Sasha Grey do kreskówek z Królikiem Bugsem. Bardzo szybko przekonałem się, że są lepsze sposoby na podniesienie ciśnienia z rana niż mocne espresso. Do przyjścia całej ekipy zostało kilkanaście minut, a ja stałem wpatrzony w paskudną wykładzinę i próbowałem opanować chęć zamordowania osoby w zasięgu wzroku.

Prawdopodobnie moje zdenerwowanie dało się odczuć, bo ekipa zarządzająca ruszyła w celu wyjaśnienia sytuacji oraz w poszukiwaniu alternatywy. W międzyczasie otrzymałem telefoniczne „wyjaśnienie” od szefa: „wczoraj przyjechała ekipa z Komfortu i musieli położyć”. Na moje pytanie dlaczego nikt mnie o tym nie poinformował nie otrzymałem odpowiedzi. Szczęśliwie udało się dodzwonić do fotografa, który zarezerwował drugie pomieszczenie w studiu. Okazało się, że i tak planował zdjęcia poza nim, więc mogliśmy przenieść się do wcześniej niedostępnego miejsca. Znów musieliśmy dostosować koncept do nowych warunków. Tym razem były to szare ściany i szara podłoga.
Nerwy powoli odpuszczały. Mogliśmy skupić się na rozstawianiu sprzętu oraz ubieraniu chłopaków. Po drodze nie obyło się bez wtop. Koszula przygotowana dla wokalisty okazał się za mała. Ostatkiem sił udało mu się ją zapiąć ale guziki były napięte jak kot przed skokiem do kartonu. Nie było już czasu na znalezienie alternatywy. Musiałem pogodzić się z faktem, że czeka mnie zabawa z koszulą podczas postprodukcji.

W końcu mogliśmy przystąpić do zdjęć.
 Ale zanim o nich to warto wspomnieć o ekipie, czyli:
styliście: Wojtku Szymańskim
dzielnie asystowała i zapewniła catering: Zuzanna Rusin 


Przy pierwszych zdjęciach użyliśmy pięciu źródeł światła. Z przodu po skosie i lekko z góry świeciły srebrna parasolka paraboliczna oraz duża okta. Z tyłu, widoczna na zdjęciach duża parasolka paraboliczna z białym wnętrzem (w skrócie "para") oraz dodatkowo po bokach dwa reflektory (tzw. garnki) świecące ostrym światłem kontrowym. Jeden z nich miał założony niebieski filtr i podświetlał puszczany dym. Kolor ten pojawił się na prośbę zespołu nie tylko w oświetleniu ale i w stylizacjach.
Ogniskowa 25mm. Ekspozycja: 1/125s, f/13, ISO 100
Ogniskowa 22mm. Ekspozycja: 1/125s, f/13, ISO 100

Po wykonaniu zdjęć grupowych spontanicznie postanowiłem wyłączyć wszystkie lampy poza widoczną w kadrze parą i wykonać kilka zdjęć jedynie z użyciem światła kontrowego oraz odrobiną dymu.
Ogniskowa 23mm. Ekspozycja: 1/125s, f/13, ISO 100
Następne ujęcie również było nieplanowane. W kuchni znaleźliśmy długą drewnianą ławkę, która aż prosiła się o wykorzystanie. Tym razem jedynym źródłem światła była duża para świecąca od przodu. Specyficzne rozmycie uzyskałem fotografując obiektywem 90mm TS-E.

Ogniskowa 90mm. Ekspozycja: 1/125s, f/2.8, ISO 100
 
Potem przyszedł czas na indywidualne portrety. Głównym światłem był strip z założonym gridem świecący delikatnie z góry. Tło oświetliłem lampą z garnkiem z założonym plastrem miodu. Do tego kontra z prawej z niebieskim filtrem podobnie jak przy pierwszym zdjęciu grupowym dająca lekką kolorową poświatę w cieniu na policzku. Zależało mi na mniejszej głębi ostrości, do tego celu posłużyłem się szarym filtrem nakręcanym na obiektyw zmniejszającym dopływ światła.

 Wszystkie zdjęcia wykonane na ogniskowej 50mm. Ekspozycja: 1/125s, f/2, ISO 100



 

 
Na koniec wykonałem jeszcze jedną wersję portretów, tym razem na „stalowej ścianie". Jedynym źródłem światła był świecący na wprost mały beauty dish z założonym plastrem miodu.
Ogniskowa 50mm. Ekspozycja: 1/160s, f/5, ISO 50
Jak pokazuje powyższa przygoda czasami z pierwotnego planu nie zostaje praktycznie nic.Tego typu sytuacje zdarzają się stosunkowo często i trzeba nauczyć się szybko podejmować decyzje oraz dopasowywać się do zastanych warunków. Kosztuje to dużo nerwów ale finalnie nie musi oznaczać skazania sesji na niepowodzenie.

Chętnie poznam Wasze opinie na temat zdjęć.

Czytaj dalej
22 maja 2014
Miało być curry, wyszły kanapki

6
Kilka dni mnie nie było. Weekend spędziłem w Mrągowie u rodziny Natalii z okazji komunii jej chrześnicy. Tak się tam najedliśmy, że przez następne dwa dni nie zaglądaliśmy do lodówki. Poza tym kupiłem Żonie rower. Zakup nieplanowany. W Mrągowie jest świetny sklep rowerowy i jak się do niego wejdzie to trzeba coś kupić. Jakimś cudem wepchnęliśmy go do bagażnika i wróciliśmy do stolicy.

Pogoda na szczęście sprzyjała i wczoraj mogliśmy wybrać się na pierwszą jazdę testową. Jeśli śledzicie fanpage na facebooku to pewnie widzieliście post o sesji dla załogi food trucka Curry Godne.  Jako, że sami jeszcze nie próbowaliśmy ich specjałów, a wszelkie znaki zsyłane przez Wszechświat mówią, że mamy czego żałować, postanowiliśmy nadrobić zaległości i pierwszy posiłek od dwóch dni zjeść właśnie u nich.

Niestety jako pierdoła roku nie przygotowałem się do sezonu i mój jednoślad nadal stoi w komórce u teściów. Skończyło się na tym, że musiałem skorzystać z rowerów Veturilo.

Ludzie mówią, że czasem nawet uda się wypożyczyć taki, który jest w pełni sprawny. Mi się nigdy nie udało, więc uznaję to za miejską legendę. Moja zdobycz nie miała jednej przerzutki a hamulce o skuteczności porównywalnej z kulą do kręgli. Nic to! Nie takie przeszkody byłem gotów pokonać by dobrać się do obiadu!

Po drodze trafiliśmy na uroczy skwerek po którym rozlewało się ciepłe zachodzące słońce, a dodatkowo okoliczny szklany wieżowiec działał jak blenda odbijając słońce z siłą porównywalną do porządnej lampy błyskowej. Efekt był niesamowity. Na szczęście wziąłem z domu kochane Fuji i nie omieszkałem skorzystać z zastanej sytuacji.


Podpowiedź dla początkujących: nie bójcie się zdjęć pod światło. Postarajcie się wykorzystać jego zalety. Możecie doświetlić pierwszy plan np. blendą.
Ogniskowa 50mm, Ekspozycja: 1/4000s, f/1.4, ISO 250N
Kilka zdjęć i ruszamy dalej. Dojechaliśmy na miejsce, ale food trucka nie było. Jak się później okazało był to zwiastun nadciągającej serii niefortunnych przygód. Szybki telefon i przykra informacja, że z powodów technicznych wszystko zostało odwołane w ostatniej chwili. Mój żołądek w tym momencie zaczął złorzeczyć. Musieliśmy szybko wyjść z opresji i szukać alternatywy. Najbliżej było "Być może" i tam skierowaliśmy nasze rozczarowane brzuchy. Po drodze do wcześniejszych usterek mojego roweru dołączyła jeszcze awaria łańcucha. Mówią, że jak człowiek jest głodny to jest zły. Byłem bardzo zły. Cały umorusany smarem pokonałem łańcuch i ruszyłem do celu.

Jak na ironię podczas zapychania się zamówioną kanapką zobaczyliśmy wracający z bojów pierwotny cel naszej podróży. Ekipa Curry Godne bezradnie rozłożyła ręce przez szybę i pognała dalej. Kanapka musiała dziś wystarczyć.
Nasz obiad ucieka

Na curry przyjdzie jeszcze czas - pomyślałem kończąc bułkę. Nadszedł moment powrotu. Ale najpierw szybkie pożegnalne selfie.
Nie obyło się bez przygód. Ponownie przyszło mi się zmierzyć z Veturilo. Oczywiście wszystkie pozostawione w stojakach rowery były niesprawne, a na horyzoncie nic nie zwiastowało pojawienia się czegokolwiek nowego. Postanowiliśmy poszukać innej stacji i z Nat na bagażniku kiwając się na boki ruszyliśmy w stronę politechniki. Tam, niestety to samo. Frustracja i zmęczenie zaczynały dawać o sobie znać. Szukaliśmy dalej. Kolejne dwie stacje ponownie odmówiły współpracy i nadal nie byłem w stanie znaleźć roweru. W ten sposób dotarliśmy aż do Ronda Dmowskiego i po zażartej walce udało mi się w końcu dorwać prawie sprawny środek transportu. Teraz było już z górki, niespełna 6km i dotarłem do domu... Głodny...
Ogniskowa 50mm, Ekspozycja: 1/2000s, f/1.4, ISO 250

Czytaj dalej
30 kwietnia 2014
Jak się nie ma co się lubi...

0
Dostałem wczoraj wieczorem maila ze zleceniem na wykonanie kilku nocnych zdjęć na mieście. Dupa z relaksu-pomyślałem, trzeba jechać zarabiać kasę. Takie życie fotografa, kiedy inni odpoczywają to my pracujemy.
Na domiar złego okazało się, że lokalizacje, które miałem fotografować nie były do tego przygotowane i zmarnowałem czas na jazdę po mieście. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W drodze powrotnej postanowiłem wykorzystać ten wyjazd i zrobić coś spontanicznego. Postawiłem aparat na statywie we wnętrzu samochodu, ustawiłem samowyzwalacz, długi czas naświetlania i robiłem zdjęcia podczas jazdy. Niby nic odkrywczego, a wyszło całkiem ciekawie. Jeśli macie ochotę kreatywnie wykorzystać nadchodzące wolne dni to zdecydowanie polecam takie zabawy.  
Ogniskowa 16mm. Ekspozycja: 6s, f/9, ISO 100
Zwróćcie uwagę na odbicie w prawym lusterku
Ogniskowa 16mm. Ekspozycja: 6s, f/9, ISO 100

Czytaj dalej
27 kwietnia 2014
Chcę zostać fotografem, cz. 2. Dziewczyna i elektryczne drzewo

1

Dziś będzie kompromitująco. Obiecałem pokazać Wam jak wyglądały moje fotograficzne początki i udowodnić, że każdy zaczyna od gniotów. Jeśli właśnie jesteś w tym momencie, w którym ja byłem 12 lat temu to wiedz, że też robisz gnioty. Jeśli jeszcze tego nie widzisz to za kilka lat zobaczysz to z całą pewnością. Jeżeli nie, to znaczy że gnioty robisz nadal i lepiej zająć się wbijaniem gwoździ.

Pamiętam jak kiedyś w czasach pierwszej świetności plfoto.com udzielałem się tam dość aktywnie i trafiłem na zdjęcie, które moje poczucie estetyki rozszarpało na strzępy jak koty karton po butach. Było to zdjęcie dziecka w wózku (spacerówce) na tle typowego polskiego mieszkania. Estetyka godna mułu w jeziorze. Nie omieszkałem skomentować zdjęcia, autor nie omieszkał odpowiedzieć. Brzmiało to mniej więcej tak "Co za bzdury wygadujesz, nie znasz się na fotografii, nie masz pojęcia jak trudno jest ustawić ostrość manualnym obiektywem ze światłem 1.8". Dzięki tej wypowiedzi szybko dowiedziałem się z kim mam do czynienia. Dla autora priorytetem było ustawienie ostrości manualnym obiektywem, sprawy estetyki były nieistotne. Ciekawe jak teraz wyglądają jego zdjęcia...

Tym przykładem dążę do tego, że na dobre zdjęcie wpływa tak wiele czynników, że na początku ciężko im wszystkim poświęcić należytą uwagę. Kiedy opanujemy zagadnienia ekspozycji, kompozycji, oświetlenia i zamiast myśleć o nich będziemy po prostu robić zdjęcia, wtedy zacznie się "prawdziwa" fotografia. Do tego potrzeba czasu. Nie łudźmy się, że po tygodniu zaczniemy strzelać same dzieła sztuki. Słowo na dziś - cierpliwość. To jest recepta na sukces.

Dość głupich historii, czas na konkrety. Obiecałem Wam w pierwszej części tego poradnika, że zdradzę mój przepis, na szybką, skuteczną i tanią naukę podstaw fotografii. Oto i on.

Gdyby fotografowie mieli boga, który ich stworzył, pewnie nazywałby się Zenit. Każdy powinien znać Zenita, dla wielu to właśnie aparat tej firmy był tym, od którego wszystko się zaczęło. Nie inaczej było w moim przypadku. Jaka jest największa zaleta tego systemu? Cena. Aparat z obiektywem nie zmusi nas do zastawienia żony/męża w lombardzie. "Zenka" można nabyć już za 30 zł. Polecam gorąco modele z wbudowanym światłomierzem (model TTL), dzięki niemu jesteśmy w stanie ocenić czy ekspozycja, którą ustawiamy jest poprawna.

Do aparatu przydałby się obiektyw. Na początek polecam taki o ogniskowej 50mm. Jest to kąt widzenia, którym szybko można nauczyć się patrzeć na świat. Tutaj warto liczyć się z wydatkiem rzędu 100-150 zł, za co dostaniemy przyzwoite szkło.

Musimy jeszcze mieć materiał, na którym będziemy utrwalać nasze zdjęcia. Teoretycznie lepiej jest zaczynać od zdjęć czarno-białych. W praktyce jednak z wywołaniem "prawdziwego" czarno-białego filmu może być problem jeżeli nie mieszka się w większym mieście. Oczywiście można zainwestować w sprzęt ciemniowy i bawić się tym samodzielnie, ale jest to dodatkowy koszt i zajmuje sporo czasu. Jeżeli planujecie zdjęcia w plenerze to negatyw o oznaczeniu ISO100 będzie dobrym wyborem, jeśli jednak przewidujecie zdjęcia we wnętrzach lub w gorszych warunkach oświetleniowych to możecie zastanowić się nad ISO400 lub wyższym. Im wyższe ISO tym negatyw jest czulszy na światło i kiedy jest go mniej poradzi sobie lepiej. Stety/niestety dzieje się to kosztem odwzorowania szczegółów. Luźna zasada jest taka, że negatywy KODAKA są cieplejsze i bardziej nasycone kolorami, FUJI natomiast jest bardziej neutralny. Dobrze jest kupić różne klisze i przeanalizować różnice. Na początek wystarczy około 10 negatywów po 36 zdjęć. Tutaj koszt będzie największy, bo poza samym zakupem (około 10-15zł/szt.) dojdzie koszt wywołania i skanowania lub drukowania odbitek. Jeśli Wasi znajomi posiadają skaner do negatywów to zdecydowanie polecam poprosić ich o pomoc - to duża oszczędność.

Łączny koszt całego przedsięwzięcia nie powinien przekroczyć 500-550 zł. To nadal dużo mniej niż najtańsza lustrzanka cyfrowa z koszmarnym obiektywem.

Mamy już sprzęt, teraz warto nauczyć się go używać. Poszukajmy w internecie poradników pt. "ustawianie ekspozycji w aparacie". Poczytajmy i próbujmy. Na początku nie będzie wychodziło, ale nie załamujmy się. Przeanalizujmy nasze błędy i próbujmy dalej. Daję głowę, że przy odrobinie starania po 10 zrobionych kliszach znajomość podstaw fotografii będziecie mieli opanowaną. Poza pracą ze światłem zastanym możecie też eksperymentować z ustawianiem światła dodatkowego. Ja zaczynałem od zwykłego halogenu, który dawał okropne światło. Zapoznajcie się obowiązkowo ze złotym podziałem - to podstawowa technika komponowania ujęć.

Wybaczcie, że nie napiszę tu całego poradnika ustawiania ekspozycji - jest tego w internecie na tyle dużo, że pisanie kolejnego tekstu nie ma sensu. Wolę pobawić się z kotem.

Jaki jest cel takiej nauki? Dlaczego nie mogę tego samego zrobić moim Nikonem De-pinćmiljonówszcześćset? Bo ta metoda daje po łapkach za każdy błąd. Każdy kolejny zmarnowany negatyw to pieniądze z naszej kieszeni. O ile nie masz na koncie wielu zer to szybko zaczniesz wyciągać wnioski z błędów celem zwiększenia liczby udanych klatek na kliszy. Przed każdym naciśnięciem magicznego spustu zastanowisz się czy kadr, który widzisz w wizjerze aparatu jest tym co chcesz uwiecznić, czy ekspozycja i oświetlenie są dobrze ustawione.

Cyfrówki zabijają myślenie jak packa muchy. W ich przypadku nie mamy żadnych konsekwencji błędów, po prostu patrzymy na wyświetlacz i robimy kolejne zdjęcie w myśl zasady "coś się wybierze". Nie tędy droga. Świetnym nawykiem wyniesionym z fotografii analogowej jest refleksja przed każdym naciśnięciem spustu. W przyszłości kiedy przerzucicie się na cyfrę zaoszczędzicie czas na selekcji zdjęć oraz pieniądze na wymianie migawki. Nie będziecie żałować kupionego bezmyślnie sprzętu. Do tego znacząco wzrośnie świadomość robienia zdjęć. Macie moje słowo.

Pozostaje tylko znaleźć dziedzinę, w której czujecie się najlepiej - a to przychodzi z czasem. Najczęściej jest tak, że zaczynamy fotografowanie od tego co jest najbliżej nas. W moim przypadku były to głównie: Natalia, deskorolka i koty. Oczywiście od czasu do czasu kusi wszystkich fotografia kwiatków i pszczółek czy martwej natury - to naturalna droga poszukiwania. Poniżej znajdziecie obiecane zdjęcia z komentarzami.


Pierwsze moje dzieła były...dziwne i dość mroczne. 


Dzięki temu zdjęciu rozpocząłem naukę w Warszawskiej Szkole Filmowej. Nawet prawie wygrałem nim stypendium. Nadal nie wiem czemu :) 
Swego czasu uważałem, że to zdjęcie jest genialne. A to, że świeczka wystaje z głowy w ogóle mi nie przeszkadzało.
Komentarz na odbitce z kotem. Bardzo wartościowe uwagi. Polecam Wam robić notatki do każdego zdjęcia, najlepiej już w momencie jego wykonywania. Mam nadzieje, że będą bardziej przydatne niż moje.
Na deskorolce spędziłem większość życia. Nadal czasem jeżdżę.
Dla mnie fotografia i deska były oczywistym połączeniem chociaż finalnie nie poszedłem w tym kierunku.
I na koniec hit internetów. Zdjęcie zatytułowałem "Elektryczne drzewo" i (o dziwo) zrobiło nawet małą karierę na plfoto.
P.S. Zdjęcie na początku wpisu jest dziełem Natalii (wykonane Zenitem). Chyba jedyne, które nadal mi się podoba z całej tej kolekcji.


Czytaj dalej